Legenda o Studni Tynieckiej

Opowieść o winie, pokucie i źródle, które ocaliło wielu ludzi.

– Znam ja grodzisko ono dobrze – odparł król – i wiem, że dziad mój, Bolesław Chrobry, założył je i benedyktynów w nim osadził. Wiem też, że czasu wojny obroniła się w nim cała ludność okoliczna, że niejedno oblężenie przetrwało; dziś więc jeno do ojca Pawła prośbę mieć będę wielką.

– Cóż takiego? Powiedzcie, miłościwy panie – rzekł starzec żywo.

Król uśmiechnął się i spojrzał ku stołowi, kędy młodzież miejsca swe miała.

– Widzi mi się, iż kto inny miałby ochotę wyspowiedzieć ją – rzekł żartobliwie – i lepiej to uczyni niż ja.

Na te słowa, co przyzwoleniem wyraźnym były, Bolko porwał się z miejsca swego i przypadłszy do starca, ręce jego do ust przycisnął.

– Ojcze miłościwy – rzekł zarumieniony – opowiedzcie nam, proszę, o studni onej bezdennej!

Starzec po głowie go pogładził.

– Dobrze, syneczku – odparł serdecznie. – Pójdźcież wszyscy obaczyć to dziwo i tam opowiem wam wszystko!

Ruszono więc tłumnie od stołów i odziawszy się, jako że mróz był tęgi, na podwórzec pospieszono, kędy w rogu dziedzińca widniała kamienna cembrzyna studni ogromnej. Wyrostki pobiegli na wyścigi, oglądając ze zdumieniem wał potężny, owinięty grubym łańcuchem, u którego dwa głębokie wiadra zwisały, że gdy jedno w górę szło, drugie spadało jednocześnie, i koło olbrzymie, podwójne, w którego wnętrzu zazwyczaj niedźwiedź chowany chadzał, wodę ciągnąc. Oglądali zdumieni, przeczuwając, iż niezwykłego coś usłyszą.

– Zajrzyjcie do studni, jeno ostrożnie! – zabrzmiał głos przeora.

Pochylili się nad cembrzyną, upatrując daremnie, jak w innych studniach, jasnego kręgu światła i odbicia swych twarzy na dnie; nic, jeno głąb czarna, bezdenna, ziejąca chłodem i wilgocią.

– Ulejcie wody z wiadra! – zabrzmiało znowu.

Usłuchano; strumień wody wpadł w czeluść i zniknął w niej bez szmeru, bez plusku najmniejszego… Dopiero po chwili dłuższej usłyszeli daleko kędyś, w głębi, stłumiony odgłos uderzającej o zwierciadło źródlanej wody.

– Dziwy!… Dziwy!… – szeptano wokół.

Ojciec Paweł tymczasem usiadł na ławie drewnianej, przyniesionej dla króla i znaczniejszych osób. Skupili się wszyscy koło niego, ciekawi opowieści. Bolko przysiadł na cembrzynie tuż przy nim, ogarniając ramieniem Mieszka, i czekali przytuleni do siebie, wpatrzeni, jak w tęczę, w twarz starca. Ów zaś milczał przez chwilę i wzrok utkwił w dal ośnieżoną, jakby przywoływał z niej postacie, co odeszły już bezpowrotnie!

– Dawne to, bardzo dawne czasy – zaczął wreszcie cichym, dźwięcznym głosem – gdy na dworze króla Bolesława Chrobrego żyło przyjaciół dwóch: Jaśko Toporczyk i Staszek z Nałęczów rodu. Miłowali się jak bracia i chwili jednej wyżyć, zda się, nie mogli bez siebie.

– Jak my! – szepnął Bolek do Sławka, co siedział obok.

– Różnili się jednak wielce: Staszek łagodny, zgodliwy, w niejednym ustąpił, byle zwady z druhem uniknąć; Jasiek serdeczny, ale gwałtowny, w gniewie tracił pojęcie, przytomność, rozum!

– Znów, jak my! – powtórzył Bolko z westchnieniem.

– I zdarzyło się raz, iż w gniewie Jaśko zabił druha.

– Jezu! – wyrwało się z ust Bolka ze zgrozą.

– I głowę dać miał: król Chrobry żartów nie znał, gdzie o prawo, o krzywdę szło, a on nieszczęśnik sam o śmierć prosił, zrozpaczony czynem swym. Ale był wówczas na sądach opat tyniecki i żal mu się zrobiło okrutnie młodzianka cnego; tedy do króla zwrócił się:

– Panie miłościwy – rzekł – i cóż za pożytek będzie ze śmierci winnego? Nie wskrzesi ona tamtego biedaka, krzywdy nie naprawi! Nie lepiejże, by młodzieńczyk ów pokutą dobrowolną, czynem zacnym, pracą usilną odkupił zło wyrządzone?

– Słusznie mówicie, ojcze – odparł Chrobry – macież jednak myśl jaką?

– Tak! – rzekł opat z mocą. – Nie sztuka zgładzić winnego, sztuka ratunek mu dać, by wyrwać go złemu, tym więcej iż rycerzyk ów nie zbrodniarzem jest, jeno gwałtownikiem nieokiełznanym. Niechże za zły czyn swój dokona dobra tak wielkiego, by zmalał przy nim postępek dzisiejszy! Przeklinają go rodzice nieszczęsnej ofiary, niechże go lud cały błogosławić zacznie; życie ludzkie zgasił niebacznie, niech teraz tysiącom życie uratuje, a odkupi winę swą srogą!

– O czym myślicie, ojcze? – zapytał Chrobry żywo.

– O rzeczy ciężkiej, nadludzkiej prawie: jest Tyniec warownią potężną, co czasu wojny tysiącom ludzi schronienie może dać, ale nie ma w nim studni, jako że na skale bitej leży. Niech młodzieńczyk ów w skale onej wykować spróbuje. Przymięli Bóg pokutę jego, to i do źródła dokopać mu się pozwoli, a on zasługę będzie miał wiekopomną, chroniąc na zawsze już od śmierci i pragnienia tych, co tu przed wrogiem kryć się będą musieli! Nie dokopie się, to i tak Pan policzy mu pracę i zaparcie się siebie, i trud krwawy!

– Godzisz się na to? – spytał Chrobry skazańca.

– Na wszystko się godzę, co w części choćby odkupić może winę moją! – odparł gorąco młodzieńczyk.

Wziął go tedy opat z sobą, a on tego samego dnia, odziany w szatę zgrzebną, z kilofem w ręku, pokutę zaczął. Zrazu na powierzchni pracował, później, gdy w skale się zagłębił, otoczyła go samotność zupełna; nie liczył już dni ani nocy – mijały tygodnie, miesiące, lata, a on sam jeden w otchłani bezdennej kował bez wytchnienia ni szemrania, nie widując nikogo, nie słysząc nic prócz uderzeń kilofa i głuchego grzmotu szal zlatujących kolejno w dół, by zabrać na powierzchnię gruz wyrąbany – nie widując światła dziennego.

I w tej samotności i pracy nad siły dusza jego oczyszczała się jak złoto w ogniu: widział teraz jasno życie swoje poprzednie, rozumiał błędy swe i winy, i głęboką doniosłość pokuty odbywanej; umierał w nim młodzik nieokiełznany, wstawał rycerz o duszy hartownej i sercu gorącym.

A w miarę jak szlachetniał duch jego, moce jakieś nieziemskie pomagać zaczęły pokutnikowi: za dzień drążył teraz tyle skały, ile pierwej i za tydzień nie dokonał, kamień, nad którym przedtem długo musiałby krwawić sobie dłonie, teraz ustępował za dotknięciem prawie: szale nie mogły nastarczyć wydobywaniu gruzu…

Aż raz, gdy usnął trudem zmożony, ujrzał świetlaną, przejrzystą postać Staszka, druha, który dłoń na ramieniu mu położył.

„Jutro, gdy ci posiłek przyślą – rzekł – nim pracę przerwiesz – uderz oskardem w to miejsce, skąd ostatni kamień odbiłeś, a później siadaj na szalę i do góry ciągnąć się każ! Pamiętaj!”

Ocknął się Jaśko, nie wiedząc – śnił czyli na jawie było to, ale rozkazu usłuchał i w południe, przerywając pracę, oskardem w rysę ostatnią uderzył i na szalę skoczył…

W tej chwili huk się rozległ straszliwy: z rozwartej skały buchnęła woda, kłębiąc się, hucząc, rosnąc tak szybko, że Jaśko ledwo uciec zdołał.

Usłyszano huk podziemny w kościele, kędy suma właśnie była, więc lud cały runął ku studni i stanął osłupiały, oczom nie wierząc.

– Woda! Woda! – zerwało się wreszcie jak burza potężnym, radosnym, triumfalnym okrzykiem.

A Jaśko krzyżem u studni leżał, z łkaniem dziękując Bogu za łaskę, druhowi za przebaczenie!

– I spełniły się słowa opata – kończył ojciec Paweł – bo tysiące ludzi błogosławić będą po wsze czasy wielkodusznego pokutnika!

Cisza zapanowała: obecni milczeli, przejęci opowieścią słyszaną. Bolko pochylił się nisko i usta przycisnął do wychudłej, przeźroczystej ręki starca, ów zaś drgnął i spojrzał z tkliwością na młodzianka, bo czuł na dłoni dwie łzy gorące…

Źródło tekstu na tablicy:

Waleria Szalay-Groele, „W orlim gnieździe”, Warszawa 1960, s. 46–53.

Treść legendy została skopiowana ze strony Opactwa Benedyktynów w Tyńcu koło Krakowa.

Zapraszam na mój profil gdzie mówię ja pić świadomie wodę:

Agata Giętka – Technolog chemik

 

Polub i udostępnij:
fb-share-icon